Bajka o pudełkach i szufladkach

Mówi się, że dziewczynki nie powinny biegać umorusane błotem. Należy też pamiętać, że żaden szanujący się chłopiec nie będzie bawić się lalkami.

Co więcej, w szkole trzeba być dobrym ze wszystkich przedmiotów, a zaraz potem znaleźć wymarzoną pracę.

Twój zły humor nie powinien psuć nastroju innym, więc udawaj, że wszystko jest w porządku.

Jesteście w trakcie remontu? Niech Cię ręka Boska broni od zaprasza gości. Do takiego bałaganu?!

Co z tego, że to Twoje ciało! Przecież kolorowe włosy nie pasują do poważnych, dorosłych twarzy. I wyjmij te kolczyki!

Przyszedłeś na festyn? W takim razie masz trzy możliwości: jesteś dzieckiem, pilnujesz czyichś dzieci, albo jesteś w wieku pomiędzy i narzekasz “jakie to wszystko dziecinne”. Nie ma innej możliwości. Pamiętaj, że dmuchane zamki są tylko dla najmłodszych. Nie bądź niemądry.

Koniecznie zrób prawo jazdy! Każdy powinien je mieć.

I ubierz się jak człowiek, co sobie o nas pomyślą!

Kto? Kto, na bogów starych i nowych, KTO sobie pomyśli?!

Twoja sąsiadka? Babcia? Koleżanka? Pracodawca? Trybunał konstytucyjny?

Zapamiętaj jedno: to Ty odpowiadasz za swoje własne szczęście. Oni mogą sobie “myśleć”, mieć opinie, krytykować. Mogą dawać dobre rady i dzielić się doświadczeniami. Ale nie przeżyją za Ciebie życia.

Wybierz siebie.

Zawsze wybierz siebie. Nawet jeśli jeszcze nie wiesz, co to znaczy.

Zacznij od tego, co sprawia Ci radość. Dopóki nie krzywdzisz innych i samego siebie, masz do tego pełne prawo. Tańcz, pracuj, gotuj, biegaj. Żyj.

Mam wrażenie, że wpisywanie się w odgórne standardy i nieustanne wymijanie narzuconych norm odbiera nam energię życiową, którą moglibyśmy poświęcić na tyle wspaniałych rzeczy!

Właśnie piszę ten tekst. Mój tekst. Na bloga. Na mojego, prywatnego bloga, którego czyta pewnie jakieś 10 osób. Chciałam napisać o swoim (jednym!) tatuażu. Chciałam wspomnieć o mojej awersji do mycia (moich!) podłóg. O planach pofarbowania włosów (szamponetką!). O kolczykach (w uszach!). O tym, jak nienawidzę “small talku” u fryzjera. W sumie to nienawidzę samych wizyt u fryzjera, wolę już dentystę.

Nie robię nic nielegalnego. Nic, co skrzywdziłoby moją rodzinę czy przyjaciół. Nic gorszącego.

A ja i tak podświadomie boję się “co ludzie powiedzą”.

Strach pomyśleć co dzieje się w umysłach tych, którzy pobłądzili. Którym powiedziano, że oni sami nie są wystarczający.

Mam prawo się bać.

Mam prawo kochać i nienawidzić.

Mam prawo się pogubić.

Mam też wszelkie prawo, by być szczęśliwym człowiekiem nie spełniając czyichś oczekiwań.

Czasem wydaje mi się, że jesteśmy traktowani jak zwierzęta. Szczuci. Tresowani. Przygotowywani na wielki pokaz, który nigdy nie nadejdzie. Jak psy. Jak konie. Nawet jak Bogu ducha winne koty.

Posłuchajcie bajki o jednym z nich.

Koty to przewrotne stworzenia

Wydają się oschłe i zimne, ale w głębi serca kochają bliskich im ludzi. Uwielbiają gonić za motylami i ścigać porwane przez wiatr liście, ale nie gardzą też wielogodzinnymi kąpielami w słońcu.

Zdaje się, że koty nie mają żadnych problemów. Niektóre są włochate, inne łyse jak kolano. Miniaturowe odmiany konkurują z gigantycznymi kociskami przypominającymi dzikie tygrysy. Część z nich to leniwi domatorzy, inni są rządnymi przygód dachowcami. Chociaż różnią się od siebie, każdego kota można zaklasyfikować do jednej z wielu kocich kategorii.

Prawda?

A co, jeśli nie wszystkie koty są takie same? Mówi się, że nienawidzą wody. Boją się kąpieli; nie chcą i nie potrafią pływać. Nie lubią moczyć futra, a zmoknięte łatwo się zaziębiają.

Myślę, że część kotów uwielbia wodę. Cichcem drepczą na brzegi wanien i zlewów by trącać łapkami pozostawione przez ludzi pojedyncze krople. Te odważniejsze wsuwają przednie łapy do stawów i błotnistych kałuż. Niektóre decydują się nawet na naukę pływania, podpatrując techniki wykorzystywane przez ryby i kaczki.

Znałam kota, który przez całe życie marzył o tym, by być psem

Nie zależało mu na krótkim ogonie, dużych łapach czy silnych barkach. Nie obchodziło go szczekanie i świetny węch. On chciał pływać. Tylko pływać.

Od dziecka, gdy pytał rodziców czy może pobawić się przy jeziorze słyszał w odpowiedzi:

Nie jesteś psem, żeby bawić się w wodzie!

Albo:

Naprawdę chcesz cuchnąć jak pies wyciągnięty z kąpieli?

Ulubionym zdaniem Państwa Kotów było:

– Nasz syn nie będzie się zniżać do poziomu zwykłych kundli!

Mój Przyjaciel wiedział, że powinien czuć się lepszy od psów, które spędzały całe dnie pływając w pogoni za spróchniałymi patykami. Chciał wyobrażać sobie, że nie potrzebuje takich niemądrych zabaw. Starał się myśleć o psach, jak o nieokrzesanej hałastrze.

Ale tak naprawdę zazdrościł im wolności

Co jakiś czas przyglądał się ich zabawie przy stawie. W deszczowe dni spoglądał z parapetu okna na ich dzikie harce w błocie. Rozmarzony wyobrażał sobie krople deszczu spływające po jego łapach, gdy wbiega do jeziora.

Pewnego dnia wpadł na Psa mieszkającego na sąsiedniej ulicy. Po chwili grzecznej rozmowy Buldog westchnął:

Czasem żałuję, że nie jestem sierściuchem.

Kot spojrzał na niego oczami jak spodki.

Dlaczego? Nie cieszysz się ze swojej psiej beztroski?

Z jakiej beztroski?! – parsknął Pies – tego nie mogę, tamtego nie wolno, tego nie wypada. Wiesz o czym marzę najbardziej na świecie?

Kot pokręcił głową.

Żeby raz usiąść gołym zadkiem na parapecie

Mój Przyjaciel parsknął ze śmiechu. Po chwili razem z Buldogiem zataczali się, chichocząc.

Przepraszam – powiedział w końcu Kot, ocierając łzę – wyobraziłem sobie, jak wdrapujesz się po krześle.

Jestem zwinniejszy, niż sądzisz! – zawołał Buldog, udając oburzenie.

Po chwili jednak dodał:

– Wiesz, to nie w porządku. Psom nie wypada siadać na meblach, kotom chlapać się w wodzie. Powinniśmy robić to, co chcemy.

Masz rację – przyznał Kot – zawrzyjmy umowę. Ja nauczę się pływać, a Ty wspinać po meblach.

Zgoda! – zawołał uradowany Buldog – tylko co z ludźmi?

Kot zmarszczył brwi.

Jakimi ludźmi?

No wiesz, TYMI ludźmi – wyszeptał Pies.

Tymi od “co ludzie powiedzą?”

Kot zaśmiał się, po czym rzucił:

Nie wiem, to ich sprawa. Ale jeśli chcą wygłaszać swoje opinie, powinni mówić głośno.

Choć pewnie będziemy się bawić tak dobrze, że i tak ich nie usłyszymy

Bajka o cichym głosiku i obezwładniającym huku

Od wielu, wielu lat uczę się nowych rzeczy. Poznaję obce języki, gotuję egzotyczne potrawy, spotykam fascynujących ludzi. Jednak to wszystko dzieje się w ramach tego, co znam.

Jeśli od dawna wiesz, że istnieje grecka kuchnia albo że na Bałkanach komunikacja wygląda inaczej niż w Polsce – czy naprawdę jest to coś nowego?

Czasem jest tak, że dorośli nie spodziewają się, że coś jeszcze może ich w życiu zaskoczyć. Są rzeczy znane, te spisane na listach “do zrobienia” i takie, o których się słyszało. Rzadko pojawiają się zupełnie świeże pomysły, bo wielu z nas myśli podobnie. W rezultacie sporo spraw jest po prostu odświeżanych czy udoskonalanych.

Jednak ostatnio odkryłam coś zupełnie dla mnie nowego. Coś, co naprawdę mnie przeraziło i zachwyciło. Coś, co posiada niezwykłą moc sprawczą, a przebiegłościom nie ustępuje nawet lisom.

Autosabotaż

Bardzo daleko mi do wiedzy, która pozwalałaby mi zrozumieć i opisać to zjawisko. Powiem tyle: wielu – bardzo wielu z nas – prowadzi w życiu cichy sabotaż, który ma na celu ich unieszczęśliwić.

To czyste szaleństwo! Nikt o zdrowych zmysłach by się tak nie zachował!

Prawda?

Nieprawda.

Czy kiedykolwiek coś podkusiło Cię, żeby zaznaczyć złą odpowiedź na sprawdzianie? Może noc przed ważnym egzaminem postanowiłeś grać do późna w gry, albo wcale się nie uczyć? Pokłóciłaś się z przyjaciółką wiedząc, że tylko sprawisz jej tym przykrość?

To autosabotaż.

Dlaczego? Dlaczego to sobie robimy?

Przeraża mnie od jak dawna sama siebie krzywdzę. Dużo mówi się o samookaleczaniu, o próbach samobójczych, bulimii, narkomanii i alkoholizmie. To wszystko okropne przypadłości. Niemniej mają wpływ wyłącznie na skrawek społeczeństwa.

Wypalenie zawodowe, tkwienie w toksycznym związku, samo linczowanie się, lęki, modne w epoce Covida “social anxiety” – to wszystko równie prawdziwe problemy. Z mojej wiedzy wynika, że autosabotaż ma na celu przede wszystkim utwierdzenie nas w przekonaniu, że nie jesteśmy warci. Upodlenie nas.

Rozumiesz? Jak źle musisz o sobie myśleć, żeby podświadomie chcieć się zgnoić? Udowodnić sobie i innym, że nie jesteś nic wart?

  • Nie zdałam egzaminu? Czyli rzeczywiście jestem głupia.
  • Kolejny raz pokłóciłam się z Tatą? Nawet najbliżsi mnie nie lubią.
  • Nie potrafiłem wymienić żarówki? Jestem bezużyteczny.

W takich momentach obejrzenie instruktarzu na Youtube’ie czy zaplanowanie korepetycji absolutnie nie przychodzi nam do głowy. Jest nam źle i chcemy mieć do tego prawo. Chcemy czuć, że mamy kontrolę nad swoim losem, nawet jeśli jest płytki i monotonny. I smutny, bardzo smutny.

Reklamy krzyczą o tym, by czuć się dobrze, komfortowo. Bezpiecznie.

Tylko, że bagno gęstniejące wokół szyi też z czasem wydaje się otulać.

Tu trzeba działać. Ruszyć dupsko. Po prostu je ruszyć.

Trzeba pamiętać, że Pan Bóg nie kryje się w przerażającej burzy, imponującej ulewie czy śmiercionośnym trzęsieniu ziemi. Jest w ciszy. W błogiej ciszy naszego umysłu, gdzie słyszymy własne myśli.

Tak jak mój Skrzydlaty Przyjaciel.

Pewien bliski memu sercu Nietoperz nienawidził latać

Każda noc była straszna, nigdy nie widywał blasku gwiazd, a szalejące wichry rzucały się na niego, jakby chciały przygwoździć go do ziemi.

Latał więc szybko, zaciskając zęby, mrużąc oczy i kuląc zlęknione ciało. Przebijał się przez burze, szybko załatwiał niezbędne sprawunki i uciekał do swojej jaskini. Dobrej, ciepłej, bezpiecznej jaskini.

Uwielbiał swój dom. W nim nie musiał nic robić. Po prostu był. Zwykle jadł, wylegiwał się lub spał. Z rzadka zagarniał skrzydłami zeschnięte liście tworząc sterty, które porywał potem wiatr. Czasem myślał o przyozdobieniu groty mchem i gałązkami, ale nigdy nie wystarczało mu na to energii.

Był zbyt zmęczony. Zawsze czuł się bardzo, bardzo zmęczony. Czasem nie miał nawet siły, by wstać ze swego legowiska. Wykańczała go hucząca nawałnica, przez którą musiał przedzierać się niemal każdego dnia. Kiedy wirował między kroplami deszczu z trudem łopocząc skrzydłami, bijące o ziemię błyskawice zdawały się mówić:

“Na pewno niedługo zderzysz się z drzewem”.

“Dziś znów będzie burza”.

“Co z Ciebie za Nietoperz? Nie potrafisz nawet porządnie latać!”

“Nikt nie potrzebuje kogoś tak słabego, jak Ty”.

“Inni nie męczyliby się tak prostymi zadaniami”.

Mój przyjaciel nienawidził tych myśli. Jeszcze bardziej nienawidził tego, co z nim robiły. Z każdym nocnym przelotem zdawały się nasilać, zagęszczając ogarniający go mrok. Wtedy leciał coraz szybciej, blisko ziemi, w ciszy modląc się o to, by noc się skończyła. Z czasem przestało go obchodzić kim jest i czego chce. Był tylko malutkim zwierzakiem rzucanym przez potężny wiatr. Zależało mu tylko na jednym: by przeżyć. By zjeść, wypocząć i nabrać sił na kolejną walkę.

Nietoperz czasami czuł się, jak ostatnie stworzenie na Ziemi, ale tak nie było. Miał znajomych, kolegów, rodzinę. Czasem wspominał im o swoich zmaganiach, rzadko wspólnie narzekali na szalejące pioruny.

Pewnego dnia mój Przyjaciel udał się do swojego Wuja, bardzo starego i bardzo mądrego Nietoperza. Opowiedział mu o tym, że każdy dzień jest dla niego walką. Wyjaśnił, jak burza co noc rozszarpuje jego skrzydła, a pioruny zdają się celować prosto w niego.

Wuj wysłuchał go w ciszy. W końcu zapytał:

  • Jak myślisz, dlaczego tak nienawidzisz burzy?
  • Bo jestem najsłabszy ze stada – wyrzucił z siebie mój Przyjaciel – Mam za małe skrzydła, mój wewnętrzny sonar jest wadliwy, a ja jestem zbyt głupi, żeby się tego nauczyć.
  • To nieprawda – odparł Wuj – jesteś przyzwyczajony do tego, że burza przejmuje nad Tobą kontrolę. Z czasem przestałeś z nią walczyć i uznałeś, że to, co słyszysz między uderzeniami piorunów, to prawda.
  • Bo to fakty – odburknął Nietoperz.

Nie – przerwał mu Wuj – to lęki. A one nie mają nic wspólnego z faktami.

  • Te złe uczucia, to nie prawdziwy Ty. Nawałnica lęków, gradobicie poczucia winy, szalejące tornado myśli… To wszystko ataki na Twoje samopoczucie. Boisz się latać. To fakt. Ale myśląc o tym, że jesteś okropny i z pewnością wylądujesz na drzewie, robisz sobie krzywdę. Nie zakładaj, że zawsze stanie się najgorsze.
  • Ale tak mi łatwiej – burknął Nietoperz – wtedy jestem przygotowany.

Przygotowany na co? Na porażkę?

  • No tak. Wtedy nic mnie nie zaskoczy.

Wuj westchnął i usiadł bliżej. Po chwili zaczął swoją opowieść:

  • Wiesz, od dziecka bałem się ludzi. Przez całe życie wyobrażałem sobie, że mnie zaatakują. Nie latałem z przyjaciółmi, jeśli mieliśmy mijać jakieś domy. Nawet zrezygnowałem z pracy w jednym gospodarstwie. Dopiero kilka tygodni temu, przez przypadek, wpadłem na ludzką dziewczynę. I wiesz co się stało?

Nietoperz pokręcił głową.

  • Nic. Po prostu nic. Spojrzała na mnie, po czym wróciła do oglądania rozświetlonych latarni. Całe życie żyłem w strachu, żeby być przygotowanym, aż nadejdzie prawdziwy strach. Przeżyłem lata stresu, żeby być gotowy na jeden dzień, który nigdy nie nadszedł. Nie rób sobie takiej krzywdy.

Nietoperz pokiwał głową i w ciszy wrócił do swojego domu. Długo zastanawiał się nad zasłyszaną historią. Następnego ranka nie mógł zasnąć, więc spisał na kawałku kory wszystko, co przerażało go w nocnym locie. Lista nie była aż tak długa:

  1. Zderzenie z drzewem.
  2. Upadek z wysokości.
  3. Uderzenie pioruna.

Zanim zdążył wmówić sobie, że to nie ma sensu, poleciał do swojego Wuja. Razem upewnili się, że mój Przyjaciel potrafi wydawać odpowiednie mlaskanie i wyłapywać fale odbijające się od przeszkód. Zgodzili się, że – skoro echolokacja działa – niespodziewane spotkanie z drzewem jest właściwie niemożliwe.

Potem razem przeszli się po zaprzyjaźnionych jaskiniach. Okazało się, że żaden ze znanym im Nietoperzy nigdy nie został uderzony przez piorun. Nasz Bohater poczuł się więc bezpieczniej.

Pozostała kwestia upadku w trakcie lotu, który był najbardziej prawdopodobny. Inne zwierzęta miały już swoje metody na zabezpieczenie się przed kraksą. Nietoperz nauczył się więc jak zamortyzować upadek, w jaki sposób chronić głowę i jak układać skrzydła. Zdecydował się też na kask z łupiny orzecha włoskiego.

Nastała noc

Nietoperz nieśmiało wyfrunął ze swojej jaskini. W oddali dostrzegł kotłującą się nawałnicę. W jego głowie znikąd pojawiły się myśli:

“Zaraz rozpęta się burza”.

“Leć nisko, bo spadniesz”.

“Tylko Ty możesz mieć takiego pecha”.

Nietoperz wziął jednak głęboki wdech. Zaczął powtarzać sobie, że jest przygotowany i że to tylko strach.

Po chwili rzeczywiście dogoniła go ulewa. Tym razem uważnie się rozejrzał i podfrunął jak najbliżej jaśniejszych plam, wskazujących na kraniec burzowych chmur. Czekał. Głęboko oddychał, mówił do siebie i czekał.

Grzmoty ustały, ulewny deszcz przeszedł w mżawkę. Gdy wszystko ucichło zapadła błoga cisza, a z zza chmur zaczęły przedzierać się piękne, świetliste gwiazdy. To wtedy Nietoperz zrozumiał, o czym mówił jego Wuj. Przez cały czas nie słyszał swoich myśli. Słyszał chaos kotłujących się lęków. Dopiero teraz, w ciszy, dochodził do niego delikatny szept. Myśli były spokojne, ułożone i dobrze mu życzyły.

“Brawo, dałeś radę. Naprawdę dałeś radę!”

“Może jutro polecisz jeszcze dalej?”

“Jaskinia już tak długo czeka na dekoracje! Czas nazbierać najpiękniejszy mech!”

Nietoperz uśmiechnął się do swoich myśli. Czekała go długa droga.

Ale przynajmniej wiedział, że istniała. I była piękna.

Bajka o Owcy, która od czasu do czasu zamieniała się w wilka

Nawet najmniejszy pyłek w kosmosie ma swoje miejsce.

Nauka prze do przodu jak czołg. Już niedługo każde zwierzę zostanie nazwane, a każdy głaz znajdzie swoje miejsce na mapach kartografów. Wszyscy jesteśmy więc częścią większej całości: rodziny, paczki przyjaciół, firmy, kraju, ludzkości. Wszyscy pełnimy swoje role. Wszyscy przyczyniamy się do fantastycznych rzeczy, które tworzymy, jako grupa.

A co, jeśli nie pasujesz? Jeśli nikt Cię nie potrzebuje?

Jeśli czujesz, że taki z Ciebie pożytek jak z kwadratowego koła od roweru albo z gumowej wędki?

Znałam Owcę, która tak się czuła.

Każdego ranka w głowie huczało jej od kłębiących się myśli, a dziki łomot serca nie pozwalał jej skupić się na żadnej z nich. Z czasem przestała zauważać, które zdania są jej własnymi, a które należą do innych,

Wspieraj stado!

Uczesz futro!

Uśmiechaj się na przyjęciach!

Nie leń się i znajdź najlepszą trawę!

Pomóż innym owcom!

Bądź! Bądź bardzo i przez cały czas.

Owca czuła się coraz mniejsza, coraz cichsza. Z upływem kolejnych dni uleciała z niej cała jej… OWCZOŚĆ. Miała wrażenie, jakby jej puchate futro mógł zdmuchnąć wiatr, a wtedy wszyscy zobaczyliby kim jest naprawdę. Oszustką.

Owcą dla której beczenie jest równie obce, jak gęganie czy rżenie.

Owcą, która nienawidziła zapachu trawy i ziół.

Owcą, która już od dawna nie czuła się częścią stada.

Dlatego też pewnego dnia moja Przyjaciółka spojrzała w lustro i powiedziała głośno i wyraźnie:

Jestem WILKIEM. Wilki są sprytne, wytrzymałe i odważne. Chcę należeć do ich watahy. Od dziś będę więc jednym z nich.

Przez cały dzień Owca śledziła więc poczynania tych groźnych stworzeń. Piła z ich strumienia, włóczyła się po ich lesie. Podczas zachodu słońca próbowała nawet zapolować na niedużą sarnę. Przez cały dzień czuła się skupiona, dzika i szalona. Pierwszy raz od dawna była szczęśliwa.

Jednak następnego dnia zauważyła, że pod jej skórą nie buzuje już wilcza adrenalina. Nie chciała zapuszczać się na niebezpieczne tereny, a wczorajsza brawura wydała się jej niemądra. Znów nie wiedziała, kim jest. Zaczęła wpadać w panikę.

Jednak, gdy raz jeszcze spojrzała w lustro, jej futro wydało jej się wyjątkowo miękkie, a oczy nieco rozmarzone.

Dziś czuję się kotem – stwierdziła. Dużym, puchatym kotem, który zasłużył na nieco luksusu.

Owca uśmiechnęła się do siebie pod nosem, podreptała na łąkę i ułożyła się na słońcu. Część poranka spędziła wygrzewając się w ciepłych promieniach. Potem krytycznie obejrzała swoje futro i zajęła się jego dokładnym rozczesywaniem. Na końcu poprosiła jedną z członkiń stada o dokładny masaż racic. Wieczorem zasnęła z uśmiechem na ustach. Tak, to zdecydowanie był dzień kota.

Przez kolejne tygodnie Owca rozpoczynała każdy dzień przed lustrem. Wsłuchiwała się w głąb siebie i odnajdywała odwagę lwa, przebiegłość lisa czy strachliwość strusia. Czasem czuła się lekka, jak motyl. Zdarzało się, że już po kilku godzinach przypominała sobie ociężałego słonia. Czasami zabawiała resztę stada mądrościami, których nie powstydziłaby się niejedna sowa. Kiedy indziej śledziła rozmowy pustym wzrokiem pantofelka. Każdy dzień był inny i ekscytujący.

Pewnego ranka stanęła przed lustrem po raz ostatni. Spojrzała na swój puchaty łeb, na twarde racice, na sterczące uszy i zawołała:

Jestem..! Jestem..!

Po czym dodała szeptem:

No właśnie, CZYM ja jestem? Nie jestem wilkiem, strusiem czy orłem… Czy to znaczy, że jestem nikim?

Przez cały dzień była bardzo smutna. Już od dawna nie czuła się tak bardzo OWCĄ, jak tego dnia. Z drugiej strony, po raz pierwszy od dawna, chaos myśli położył się na jej głowie, jak ciężki koc. Nie mogła się uspokoić, ciągle pomrukiwała do siebie:

Czym ja jestem? No czym? Przecież muszę być KIMŚ!

Wieczorem położyła się na swoim posłaniu. Zamknęła oczy i zaczęła odpływać w sen. Jednak na sekundy przed zaśnięciem w jej głowie rozbłysła niezwykła, przewrotna i wyczekiwana myśl:

Miała prawo – ba! – miała potrzebę, by żyć życiem różnych zwierząt

Nie była tylko owcą.

W niektóre poniedziałki czuła się odważna, jak Lew. W środy i piątki wychodził z niej podstępny Lis. W sobotnie wieczory zmieniała się w Leniwca.

I taka właśnie była.

Przewrotnie doskonała.

Bajka o wdzięczności

Nadszedł wielki dzień: urodziny Mamy

Już od tygodnia Tata przypominał nam o jej święcie.

– Pamiętacie, jak obchodziliśmy wasze urodziny? U ciebie – wskazał na mnie – byliśmy w wesołym miasteczku, a u ciebie –machnął w kierunku Antka – w zoo.

Urodziny są super! – krzyknął Antek.

Tylko co możemy dać Mamie? Pójdziemy do zoo? – zapytałem nieśmiało.

Mama lubi zwierzaki, ale myślę, że stać nas na więcej. – zaczął Tata – Laurki? Może. Kwiaty? Nie, kwiaty dostanie ode mnie. Tort? O nie, już widzę jak szalejemy w kuchni.

To co możemy jej dać? – ponagliłem.

Szczerze mówiąc nie wiem. Mama zawsze mówi, że wszystko już ma. Musicie pomyśleć. – uciął Tata, zgrabnie uchylając się od odpowiedzialności.

Myśleliśmy. Myśleliśmy we wtorek. Potem w środę i w czwartek. W piątek trochę zapomnieliśmy. W sobotę byliśmy w gościach, więc to się nie liczy. W niedzielę o myśleniu przypomniał nam Tata.

Hej panowie! Jakie macie pomysły na prezent dla Mamy?

No… – zaczął Antek.

Taaaak… – poparłem Brata.

Eh, chłopaki – westchnął Tata – Dobrze, pomyślmy jeszcze raz razem. Co Mama zawsze mówi o prezentach?

Mają być z serca – wyrecytowaliśmy, każdy po swojemu.

Może coś dla niej zróbcie, narysujcie, napiszcie? – podsunął Tata.

Wiem! – krzyknął Antek – wiem, wiem, wiem!

To ja z tobą! – dodałem szybko, żeby Antoni nie zdążył wykluczyć mnie z grona Ludzi-Którzy-Mają-Pomysł.

Dobrze, pamiętajcie, że prezenty wręczymy Mamie jutro wieczorem – przypomniał Tata, zamykając drzwi naszego pokoju.

Obróciłem się do Brata w nadziei, że nie krzyknął „wiem” pod presją i że projekt naprawdę istnieje. Uśmiech na jego twarzy upewnił mnie, że stworzymy dla Mamy najlepszy na świecie prezent. Od razu zabraliśmy się do pracy.

Następnego dnia, kiedy Mama wróciła już z biura, wszyscy usiedliśmy przy stole. Tata po chwili zerwał się z miejsca i potruchtał do kuchni.

Omal nie zapomniałem! – krzyknął zza ściany, łapiąc oddech – Coś czekało na Ciebie w lodówce!

Po chwili naszym oczom ukazał się wielki, czekoladowy tort z racą zamiast świeczek.

Cze-ko-la-da! – zaskandował Antek.

Cze-ko-la-da! – zgodziła się z przedmówcą Mama.

Tata pobiegł też po bukiet tulipanów i małe pudełeczko z kolczykami.

O matko, czy to są żółwiki? Jakie słodkie!  – zapiszczała Mama. Podobno kończyła 30 lat, ale myślę, że nie była wiele starsza ode mnie i Antka. Dorośli tak nie piszczą.

Tak, żółwiki – uśmiechnął się Tata. – Teraz kolej na panów.

Podnieśliśmy z podłogi najładniejszy karton po butach, jaki znaleźliśmy w domu. Jego wieko pokrywały rzędy kolorowych kresek, najnowsze dzieło mojego Braciszka. 

Trzymaj! – krzyknął Antek, popychając pudło po ziemi.

A co my tu mamy…?  – zaczęła Mama, po czym przerwała.  – Przepraszam, ale nie za bardzo rozumiem. Pomyliliście kartony?

Mamo! – krzyknąłem oburzony – no przecież to są prezenty. Poczekaj, wytłumaczę.

Wyjąłem nasze skarby. Na stole znalazła się stara, drewniana klepsydra, szczotka naszego psa, blok techniczny i duże, zimowe rękawice Taty.

Prezenty mają być z serca – zacząłem swoją płomienną mowę – to są rzeczy, które ci się przydadzą.

Wskazałem na klepsydrę.

Zawsze mówisz, że nie masz czasu, a inne mamy jakoś na wszystko go mają. Tata kiedyś mówił, że klepsydra ma w sobie czas. Spójrz – obróciłem przedmiot do góry nogami – te ziarenka przesypują się tak wolno, że na pewno jest go tam dużo.

Następnie podniosłem szczotkę Zoli .

To do czesania, bo często mówisz, że włos ci się jeży na głowie. Nie mamy grzebienia dla jeży, ale pies to taki jakby duży jeż.

Spojrzałem na Mamę. W skupieniu pokiwała głową. Sięgnąłem po blok techniczny.

Mówiłaś, że w naszym domu nic nigdy nie jest proste. Zobacz! – pokazałem jej poszczególne kartki – Antek ich jeszcze nie zniszczył! Są gładkie, niepogniecione!

Na stole zostały zimowe rękawiczki Taty.

Jak jesteś zła, to mówisz „trzymajcie mnie, bo oszaleję”  – podałem jej rękawice – Proszę, Tata może cię trzymać rękawiczkami, tak jak Zolę u weterynarza.

Mama parsknęła śmiechem. Podeszła do łazienki i wydmuchała nos. Potem uklęknęła przy Antosiu i obu nas przytuliła.

Dziękuję, chłopaki. Dostałam od was najlepszy prezent na świecie – westchnęła i mrugnęła do Taty – kubeł zimnej wody.

Nie mamy kubła! – krzyknął przerażony odkryciem Antek.

Tak się tylko mówi – zaśmiała się Mama – pokazaliście mi, jaka czasem ze mnie maruda. A przecież mam wszystko, co mi potrzebne do szczęścia. 

I bądź tu mądry – westchnął Tata. – zaraz święta, a ona znów mówi, że niczego nie potrzebuje… .