„Bajka” o bogactwie

Moja koleżanka zarabia trzy razy tyle, co ja. Często łapię się wieczorami na tym, że kalkuluję ile kosztuje godzina czyjejś pracy. Przeliczam miesięczne przychody; dokładam dochody drugiej połówki; dzielę i mnożę; wyciągam pierwiastki.

Mam też doskonałą umiejętność podświadomego linczowania się, gdy w moim towarzystwie przebywa ktoś (zwłaszcza kobieta), kto posiada:

  • nieskazitelną cerę;
  • piękne włosy;
  • szczuplutką sylwetkę.

Po spotkaniu zawsze czuję się jak królowa śmietnika.

Jakie piękne kolczyki! Jak go stać na taki samochód?!

Często zakładamy, że trawa u sąsiada musi być bardziej zielona. Do najbardziej oczywistych metod przy poprawianiu sobie humoru należy założenie: skoro komuś poszczęściło się w obszarze A, na pewno poskąpiło mu w sekcji B.

Często łapię się na takich przemyśleniach, ale to takie toksyczne… . Naprawdę. Porównywanie się z kimkolwiek jest naturalne, ale niezdrowe i zbędne. Porównywać można siną nogę czy złamany nos, by dowiedzieć się, jak bardzo odbiega od normy. Porównywanie subiektywnego i niewymiernych spraw, jak sukces, majętność czy szczęście jest…

… głupie. Po prostu głupie.

Zaczęłam myśleć o tym wpisie, jak o bajce dla dzieci. Dzieciaki są ważne, trzeba je uczyć życia. Bajki mają morały, to ważne. Jasne, że tak. Wychodzę jednak z następującego założenia:

Z wiekiem nie dorastamy. Po prostu się starzejemy.

Jeśli nie przepracowałam kompleksów na punkcie swojego wyglądu czy inteligencji w wieku lat 10, muszę to zrobić teraz. To zbyt ważny temat, by zamykać go w jednym dziale (tutaj: dla dzieci).

Dziś wstałam o 7, zczołgałam się z łóżka. Przez cały dzień targałam za sobą 10kg Bobasa, który to śmiał się, to płakał. Każdorazowo zasypiał przez kilkadziesiąt minut. W ramach „rozwijania pasji” uszyłam mu poszewkę na materac. W ramach „zajęć kulinarnych” ugotowałam dla nas obojga śniadanie, którego nie tknął, i obiad, którego nie tknął.

Okazuje się, że można nie zjeść nic i ubrudzić się po skarpetki. W takiej sytuacji musi nastąpić zmiana odzieży. Od miesięcy Bobas przeklina nas w nieznanych ludzkości językach przy każdej zmianie koszulki. Dodatkowo, od niedawna przy każdej akcji z pampersem próbuje się zabić, wijąc się na przewijaku. Człowiek nie jest więc tylko zmęczony fizycznie, czuje się zgnojony psychicznie i emocjonalnie.

W ramach „rodzinnej rozrywki” wieczorem pojechaliśmy do spożywczaka, szarpiąc się z fotelikiem i stelażem. Byliśmy z Mężem tak zmęczeni, że zajechaliśmy pod sklep bez jakiegokolwiek portfela. Musieliśmy więc wrócić do domu. Kiedy w końcu próbowałam uśpić Malucha wieczorem, ten, w ramach „zabawy” włożył mi palec do nosa. Zrobił to tak umiejętnie, że z cienkiej błonki chlusnęła krew (mam niedobór żelaza). Zasnął o 21. Był to mniej więcej 210 dzień bycia rodzicem.

Czaisz, podobnie wyglądało 209 poprzednich dni.

Po półgodzinnej drzemce Maluch się przebudził. Przybiegłam truchcikiem, żeby go nakarmić „na śpiocha”. Potem przełożyłam go z powrotem do jego łóżeczka i zaczęłam zasuwać wokół niego uprzednio przygotowany śpiworek. Maluch ma siłę w kopytach jak mały kucyk. Musiałam więc się z nim mocować, nawet przez sen.

Kiedy w końcu upchnęłam jego wierzgające kończyny, z całego bałaganu wysunęła się bosa stópka.

Co pierwsze rozczula nas na USG?

Twarz jest ledwo widoczna. Serduszko ma działać, ale nie jest wzruszające. Pępowina mnie osobiście przerażała. Rączki ciężko zwykle zauważyć.

Stopy, ależ oczywiście, że stopy!

Mniej więcej w połowie ciąży lekarz pokazuje Ci wszystkie organy Twojego dziecka. Potwierdza płeć. Mówi o przepływach. Sprawdza czy waga dziecka jest zgodna z tygodniem ciąży. Ty gapisz się jak ktoś niespełna rozumu starając się znaleźć coś znajomego, poza rozmazanym profilem twarzy.

  • – Czy to była nóżka?! – Pytasz z przejęciem.
  • – Tak, a tutaj jest druga. – Odpowiada spokojnie lekarz, wiedząc, że to pierwsze co zrozumiałaś z całej wizyty.
  • Wracasz do domu i pokazujesz wszystkim rozmemlany wydruk USG. Wspólnie liczycie stópki (zwykle są dwie). I w końcu rozumiesz, że To-To to tak naprawdę dziecko. Takie prawdziwe, tylko jeszcze małe.

Pomyślałam sobie, jak to dobrze, że ma mnie kto kopać i targać za włosy.

Count your blessings.

To angielski zwrot oznaczający, że należy doceniać to, co się ma. Dosłownie: przelicz swoje błogosławieństwa.

Strasznie dużo osób ma dzieci. Obviously, tak przetrwał nasz gatunek. Ale to naprawdę cud. Prawdziwy cud, który wziął się niemal z niczego, a co dzień istnieje coraz bardziej. Z czasem idzie do przedszkola, do szkoły, do pracy, popełnia głupie decyzje studiując anglistykę (żart, nie mogłam się powstrzymać).

Mogę mówić tylko o swoim doświadczeniu, ale jestem cholernie szczęśliwym człowiekiem. Naprawdę mam dosłownie wszystko, co jest mi potrzebne. Bywam zmęczona, wkurzona, martwię się. Niemniej, w dowolnej chwili dnia uznałabym się za osobę szczęśliwą.

Jedynym wyjątkiem są momenty, gdzie porównuję się z innymi. Zaczynam od drobnego „wow, to super”, przechodzę do „a może ja też tak powinnam?”, a kończę gubiąc się w szalonym labiryncie myśli, aż mi idzie para z uszu. Często sztuczki magiczne wymagają tylko kartki papieru, tylko krzesła, tylko świecy. Ja potrafię kompletnie sama, w pustym pokoju, doprowadzić się z euforii do rozpaczy.

Uważaj na to co i jak myślisz. Uczucia są ulotne, ale przemyślenia i decyzje pozostają.

Nie rób sobie krzywdy.

Wystarczy, że dziecko próbuje wydłubać Twój mózg przez nos.

Bajka o wdzięczności

Nadszedł wielki dzień: urodziny Mamy

Już od tygodnia Tata przypominał nam o jej święcie.

– Pamiętacie, jak obchodziliśmy wasze urodziny? U ciebie – wskazał na mnie – byliśmy w wesołym miasteczku, a u ciebie –machnął w kierunku Antka – w zoo.

Urodziny są super! – krzyknął Antek.

Tylko co możemy dać Mamie? Pójdziemy do zoo? – zapytałem nieśmiało.

Mama lubi zwierzaki, ale myślę, że stać nas na więcej. – zaczął Tata – Laurki? Może. Kwiaty? Nie, kwiaty dostanie ode mnie. Tort? O nie, już widzę jak szalejemy w kuchni.

To co możemy jej dać? – ponagliłem.

Szczerze mówiąc nie wiem. Mama zawsze mówi, że wszystko już ma. Musicie pomyśleć. – uciął Tata, zgrabnie uchylając się od odpowiedzialności.

Myśleliśmy. Myśleliśmy we wtorek. Potem w środę i w czwartek. W piątek trochę zapomnieliśmy. W sobotę byliśmy w gościach, więc to się nie liczy. W niedzielę o myśleniu przypomniał nam Tata.

Hej panowie! Jakie macie pomysły na prezent dla Mamy?

No… – zaczął Antek.

Taaaak… – poparłem Brata.

Eh, chłopaki – westchnął Tata – Dobrze, pomyślmy jeszcze raz razem. Co Mama zawsze mówi o prezentach?

Mają być z serca – wyrecytowaliśmy, każdy po swojemu.

Może coś dla niej zróbcie, narysujcie, napiszcie? – podsunął Tata.

Wiem! – krzyknął Antek – wiem, wiem, wiem!

To ja z tobą! – dodałem szybko, żeby Antoni nie zdążył wykluczyć mnie z grona Ludzi-Którzy-Mają-Pomysł.

Dobrze, pamiętajcie, że prezenty wręczymy Mamie jutro wieczorem – przypomniał Tata, zamykając drzwi naszego pokoju.

Obróciłem się do Brata w nadziei, że nie krzyknął „wiem” pod presją i że projekt naprawdę istnieje. Uśmiech na jego twarzy upewnił mnie, że stworzymy dla Mamy najlepszy na świecie prezent. Od razu zabraliśmy się do pracy.

Następnego dnia, kiedy Mama wróciła już z biura, wszyscy usiedliśmy przy stole. Tata po chwili zerwał się z miejsca i potruchtał do kuchni.

Omal nie zapomniałem! – krzyknął zza ściany, łapiąc oddech – Coś czekało na Ciebie w lodówce!

Po chwili naszym oczom ukazał się wielki, czekoladowy tort z racą zamiast świeczek.

Cze-ko-la-da! – zaskandował Antek.

Cze-ko-la-da! – zgodziła się z przedmówcą Mama.

Tata pobiegł też po bukiet tulipanów i małe pudełeczko z kolczykami.

O matko, czy to są żółwiki? Jakie słodkie!  – zapiszczała Mama. Podobno kończyła 30 lat, ale myślę, że nie była wiele starsza ode mnie i Antka. Dorośli tak nie piszczą.

Tak, żółwiki – uśmiechnął się Tata. – Teraz kolej na panów.

Podnieśliśmy z podłogi najładniejszy karton po butach, jaki znaleźliśmy w domu. Jego wieko pokrywały rzędy kolorowych kresek, najnowsze dzieło mojego Braciszka. 

Trzymaj! – krzyknął Antek, popychając pudło po ziemi.

A co my tu mamy…?  – zaczęła Mama, po czym przerwała.  – Przepraszam, ale nie za bardzo rozumiem. Pomyliliście kartony?

Mamo! – krzyknąłem oburzony – no przecież to są prezenty. Poczekaj, wytłumaczę.

Wyjąłem nasze skarby. Na stole znalazła się stara, drewniana klepsydra, szczotka naszego psa, blok techniczny i duże, zimowe rękawice Taty.

Prezenty mają być z serca – zacząłem swoją płomienną mowę – to są rzeczy, które ci się przydadzą.

Wskazałem na klepsydrę.

Zawsze mówisz, że nie masz czasu, a inne mamy jakoś na wszystko go mają. Tata kiedyś mówił, że klepsydra ma w sobie czas. Spójrz – obróciłem przedmiot do góry nogami – te ziarenka przesypują się tak wolno, że na pewno jest go tam dużo.

Następnie podniosłem szczotkę Zoli .

To do czesania, bo często mówisz, że włos ci się jeży na głowie. Nie mamy grzebienia dla jeży, ale pies to taki jakby duży jeż.

Spojrzałem na Mamę. W skupieniu pokiwała głową. Sięgnąłem po blok techniczny.

Mówiłaś, że w naszym domu nic nigdy nie jest proste. Zobacz! – pokazałem jej poszczególne kartki – Antek ich jeszcze nie zniszczył! Są gładkie, niepogniecione!

Na stole zostały zimowe rękawiczki Taty.

Jak jesteś zła, to mówisz „trzymajcie mnie, bo oszaleję”  – podałem jej rękawice – Proszę, Tata może cię trzymać rękawiczkami, tak jak Zolę u weterynarza.

Mama parsknęła śmiechem. Podeszła do łazienki i wydmuchała nos. Potem uklęknęła przy Antosiu i obu nas przytuliła.

Dziękuję, chłopaki. Dostałam od was najlepszy prezent na świecie – westchnęła i mrugnęła do Taty – kubeł zimnej wody.

Nie mamy kubła! – krzyknął przerażony odkryciem Antek.

Tak się tylko mówi – zaśmiała się Mama – pokazaliście mi, jaka czasem ze mnie maruda. A przecież mam wszystko, co mi potrzebne do szczęścia. 

I bądź tu mądry – westchnął Tata. – zaraz święta, a ona znów mówi, że niczego nie potrzebuje… .

Szczepienia cz.1: Bolączka rodziców, ból dzieci.

O naszym pierwszym „pełnowymiarowym” szczepieniu nie godzi się pisać zdawkowo; opowiem o nim w innym wpisie. Warto jednak krótko ponarzekać na szczepienie szpitalne.

Po cesarskim cięciu czułam się jak przejechana przez czołg radzieckiej konstrukcji. W moim planie porodu poprosiłam, żeby dziecko zostało zaszczepione w drugiej dobie życia (dla jego komfortu i większego bezpieczeństwa), a także o to by zaszczepić je przy mnie bądź przy mężu (ha, ha, pandemia i te moje „prorodzinne” plany). Położne dostosowały się do moich próśb, ale leżąc w łóżku po cesarce niewiele rejestrowałam; nie widziałam więc samego wkłucia. Niemniej, nie zarejestrowałam nawet gdzie Dziecia ukłuto.

Około 10 tygodnia życia Małemu zaczął na ramieniu wybijać się osobliwy wrzód. Zrobił się mocno widoczny, wystawał, zaczerwienił się; potem niemal znikł. Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Na szczęście moi rodzice pamiętali ich przerażenie kiedy to moje ramię wyglądało w ten sam sposób.

Okazuje się, że szczepienie na gruźlicę (podawane dziecku obowiązkowo w szpitalu) często objawia się taką reakcją organizmu. Ranka więc albo finalnie się zagoi albo wypadnie z niej „czop” przypominający klasyczny wrzód. Jest to reakcja organizmu sugerująca, że organizm zareagował prawidłowo no poprawnie podaną szczepionkę. Podobnie wyjaśnia się stan podgorączkowy przy późniejszych szczepieniach.

Oczywiście nie mówimy tu o ropieniu, bólu, powiększeniu węzłów chłonnych czy spuchnięciu ręki.
Rozwagi, Młodzi Rodzice, rozwagi!

Protip: Szczepić trzeba, a ze sprawdzonych źródeł wiem, że szczepionki mimo wszystko nie wywołują autyzmu (szok, c’ nie?!). Mimo wszystko, ze szczepieniami nie trzeba się spieszyć. Jeśli dziecko jest chore, albo ma zbyt wysoki poziom bilirubiny jak nasz Bobas – poczekajcie.

Dobro wraca, a moim duchowym zwierzęciem jest kalafior

Szanowni Państwo – stało się. Rozszerzanie diety.

Pora zacząć przygodę z (nie)sławnym BLW.

Na kilka dni przed oficjalnym półroczem znajomości z Bobasem zdecydowałam, że czas zacząć podawać mu poszczególne produkty spożywcze. Naczytałam się wielu sprzecznych informacji; oczywiście wiedza mojej Mamy (soczki) nie zgadzała się z wiedzą pediatry (dwa tygodnie miękkiej marchewki) i ruchem BLW (klopsiki, makarony, całe warzywa).

Zaczęliśmy od podania Maluchowi marchewki i ziemniaka. Oba warzywa były rozgniecione na papkę. Potem przyszedł czas na brokuł (tak, ten na którym wisiał los całej naszej lodówki). Oczywiście Malec wszystko wypluwał. Po kilku takich „posiłkach” nie chciał nawet mieć jedzenia w buzi. Od razu próbował uciec z krzesełka. Pomyślałam, że spróbuję przekupić go smaczniejszym jedzeniem, jak truskawki. Był równie zachwycony.

Po około dwóch tygodniach czułam się pokonana. Bobas opracował technikę, gdzie spektakularnie wymiotował, gdy jedzenie znalazło się na jego języku. Zaczęłam rozważać normalność takich zachowań. Oczywiście jestem super stabilną psychicznie osobą, więc oszacowałam, że na pewno musimy udać się do neurologopedy.

A oliwa, sprawiedliwa…

Do rozszerzania diety postanowiłam dołożyć zdrowy olej i oliwę. W związku z tym dokonałam zamówienia w wysoce polecanej rodzinnej firmie. Po kilku dniach, zamiast moich dwóch buteleczek za 60 złotych, dotarła do mnie wielka paka. Po rozpakowaniu okazało się, że jest to sześć produktów (za około 300 złotych), których nie zamawiałam. Przez sekundę rozważałam udanie, że nic się nie stało. Sięgnęłam po jedną z butelek i żołądek podszedł mi do gardła.

Nie, to jest kradzież.

Zadzwoniłam do firmy, wyjaśniłam sytuację. Czekało mnie pakowanie, przeprawa z kurierem i kilka rozmów telefonicznych. Moje zamówienie dotarło po dwóch dniach, nieco spóźnione. W trakcie gdy wykonywałam pierwszy telefon mój Bobas sunął sobie majestatycznie na brzuchu po macie, a moja Mama przyniosła mi pozostały z ich obiadu kalafior. Podałam Maluchowi. Maluch wziął zieleninę w łapkę, polizał i zaczął obgryzać.

Od tak sobie.

Leżąc na podłodze.

Jedząc „pod górkę”.

Zafascynowana dałam mu chwilę po czym delikatnie przeniosłam go do krzesełka. Bobas był tak przejęty, że nawet nie przerwał konsumpcji. Rozdziubał całą różyczkę na części pierwsze, a jakieś mikro elementy nawet przełknął, popijając swoją ukochaną wodą z ukochanego kubeczka. W kolejnych dniach zjadł trochę buraka, trochę ziemniaka, kawałek jaglanej chrupki… Tak po prostu.

Może kalafior był najmniej pryskanym produktem, który mu podaliśmy?

Może po dwóch tygodniach był w końcu gotów, by coś przełknąć?

A może, tylko może, dobro wraca?

Wolę wierzyć w to ostatnie. I, na zapas, kupować ekologiczne warzywa.

Ps. Taki ze mnie ekspert z żywienia, jak magister z sensoryki, a dziś naszą zabawą z zakresu Montessori było głaskanie nierównych ścian 😂😂😂.

Gdy mikser chce Cię zabić czyli: Rodzicu, wyśpij się!

Ten wpis nie ma na celu przeprowadzenia rewolucji. Nie zamierzam nawet zmieniać nim świata. Ani troszkę. Opowiem Ci tylko jak bardzo można być niewyspanym.

Dlaczego się nie wysypiam?

Powodów może być kilka:

  • chęć wykonania pracy przy komputerze;
  • niespokojny sen Dziecka (ząbkowanie, skok rozwojowy, kolki, brudna pieluszka i inne);
  • choroba Bobasa (gorączka, złe samopoczucie po szczepieniu, katar);
  • nowy sezon Modern Family;
  • świeżutka produkcja z Jej Wysokość Królową Komedii – Melissą McCarthy.

Nie oszukujmy się – zwykle da się wyspać, przynajmniej przy jednym dziecku. Gdybym spała wtedy, gdy śpi Bobas, przesypiałabym dobrych 10-12 godzin w ciągu doby. Niemniej, musiałabym nie widywać się z ludźmi, nie jeść i żyć w zesztywniałych z brudu ubraniach. Myślę, że czasem lepiej być nieprzytomnym, ale czystym i stabilnym psychicznie.

Dlaczego inne znane mi matki nie łamią sobie palców?!

Pewnie wiele powiedziałby w tej kwestii Darwin ze swoim doborem naturalnym i siłą przetrwania nadrzędnych jednostek stada. Heh.

Oto moje przykładowe (niestety prawdziwe) przygody.

Jedna z nich przydarzyła się dziś i natchnęła mnie do stworzenia tego wpisu.

  • Próbowałam usilnie założyć na głowę czapkę pięciomiesięcznego Syna.
    Prawie weszła.
  • Po raz setny zaczęłam rozmowę, której już nigdy nie dokończę.
    Często prowadzę pięć wątków na raz.
  • Zeszłam na parter z Bobasem i zrobiłam szybki przeciąg na piętrze.
    O zamknięciu okien przypomniałam sobie, gdy termometr wskazywał około 10 stopni (Celsjusza, dzięki Bogu!).
  • Poszłam do sypialni, by wyjąć z szafy koszulkę Malucha.
    Zamyślona rzuciłam nią za moje plecy, tak jak sypie się solą w przesądach. Wydaje mi się, że chciałam ją podać Mężowi. Jak łatwo się domyślić, byłam sama.
  • Zgłosiłam Mężowi, że musimy zakupić nową lodówkę.
    Od kilku dni widziałam, że się nie domyka; czasem drzwiczki same odskakiwały. Jak na majstra przystało, najpierw sprawdziłam, czy nic nie sparciało; przetarłam nawet drzwiczki do sucha szmatką. Dalej lodówka się nie domykała.

    Po moim meldunku Mąż wykonał następujące czynności naprawcze:

    Otworzył lodówkę.
    Przesunął palcem brokuł blokujący drzwiczki.
    Zamknął lodówkę.

Od kilku dni szarpałam się z lodówką przez %#@$@&#! brokuł.

  • Krem na torcie: domniemane złamanie palca.

Nieprzytomna postanowiłam upiec ciasto. Mąż i Bobas byli ze mną w domu, w tym samym pomieszczeniu. Wyjęłam masło z lodówki i stanęłam przed rozterką: ubrudzić kolejne naczynie ogrzewając masło czy zmiksować zamrożoną kostkę?

Wybór był oczywisty.

Wstawiłam miskę do zlewu (co by blatu nie wycierać po robocie!), włączyłam stary mikser na najniższy bieg i zaczęłam powolną rozbiórkę masła na mniejsze kawałki. Trzymałam maszynę prawą ręką, a lewą dociskałam zmrożony prowiant.

W pewnym momencie zobaczyłam, niemalże jak w zwolnionym tempie, jak mój środkowy palec lewej ręki bezwładnie podskakuje między mieszadłami. Ból nie był oszałamiający, ale wyłączyłam mikser (bo czasem jestem odpowiedzialna!) i udałam się do łazienki, gdzie wisiałam nad strumieniem bieżącej, zimnej wody przez dobrych 10 minut. Palec przybrał fioletowy odcień i podwoił swój rozmiar. Spuchł tak, że wydawał się bardzo wykrzywiony. Siniak występował koło paznokcia, wyłącznie z lewej strony i w połowie palca, wyłącznie z prawej strony.

W sprawie odparzonej pupy Bobasa wydzwaniam do przychodni. Co zrobiłam z moim sinym palcem?

Kochani, był weekend. Na SOR dobrych 20 kilometrów. Trzeba by zorganizować mleko dla Młodego. Po ludzku mi się nie chciało. Byłam zbyt zmęczona, żeby chciało mi się jechać do szpitala.

Palec bolał mnie dobre 2 miesiące, ale wygląda jak nowy (jak stary?), więc moją autodiagnozą jest lekkie pęknięcie kości. Czuję się pewna swojej opinii, w końcu każdy po anglistyce z automatu zyskuje status lekarza.

Tyle ode mnie. Zaraz pierwsza w nocy, więc idę spać. Tobie też radzę!

Moje dziecko się zepsuło: część 4

Dlaczego noworodek musi krzyczeć?

Kanaliki łzowe, to coś o czym nie słyszy się chyba w trakcie ciąży czy starań o dziecko.

Matka natura zaplanowała każdy włos na głowie twojego Dziecka, a także to w jaki sposób jego ciało będzie z czasem ewoluować. Dlatego też nigdy nie zastanawiało mnie, na przykład, skąd biorą się łzy.

Po wyjściu ze szpitala zauważyliśmy, że naszemu Bobasowi mocniej łzawi prawe oczko. W pewnym momencie (około 3-5 tygodnia) przy kilkukrotnym, codziennym przemywaniu i tak zaklejało się ropką, jak u małego kotka. Położna poleciła by wykonywać masaż kanaliku łzowego. Z czasem dolegliwość zaczęła słabnąć i objawiała się nieco większym łzawieniem prawego oka w stosunku do lewego.

W 10 tygodniu zanotowałam brak jakichkolwiek dolegliwości, co bardzo nas ucieszyło. Alternatywą byłaby wizyta u okulisty (!) z niemowlakiem (!) w czasie pandemii (!) i przeprowadzenie zabiegu udrażniania kanalika łzowego (!!!).

Matka natura jest kozakiem.

Co ciekawe, dzieci rodzą się z krzykiem, który powoduje – naturalne i zdrowe dla rozwoju organizmu – pęknięcie obu kanalików łzowych! Jeśli po naciśnięciu na kanalik łzowy do oka napływa łza, widać że kanalik nie spełnia swoich funkcji. To oznacza, że samoistnie nie pękł.

Protip: W stopniowym, mechanicznym pęknięciu kanalika pomaga masaż okolic oka. Obawiałam się, że pewnego dnia nastąpi nagłe przerwanie jakiejś błony i wrzask Małego – na szczęście nic takiego nie nastąpiło.

Masaż (według naszej pediatry, położnej środowiskowej, jak i dostępnych w sieci filmików instruktażowych) wykonuje się w rejonie między nosem, a okiem dziecka.

Ruchy mogą być:

  • okrągłe (ruch przeciwny do ruchu wskazówek zegara);
  • pionowe (zsuwanie palca z góry do dołu, w kształcie litery C [oko lewe] bądź odwróconej litery C [oko prawe]).

Kluczowa jest regularność masażu, a nie jego intensywność.

Sama kilkakrotnie podeszłam do zadania zbyt ambicjonalnie, co skończyło się nadmiernym łzawieniem oczka po zabiegach. Potem zaczęłam masować oko 2-3 razy dziennie wykonując po 10 okrągłych i 10 pionowych ruchów. Poprawę zauważyliśmy po 3-4 tygodniach. Dolegliwości już nie wróciły.

Lamentacja nad czerwoną pupą

Moi rodzice strasznie nade mną chuchali. Uznałam, że moje dziecko będzie chowane niemalże jak młody wilk: zasada pięciu sekund, bicie brawa przy wywrotkach, samodzielne zasypianie.

O losie, jak wielka jest potęga naiwności.

Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi.

Nie pamięta wół jak cielęciem był.

Nie strasz, nie strasz, bo się… No.

Dopiero po kilku tygodniach od narodzin Bobasa uświadomiłam sobie, że moi rodzice tak nade mną skakali bo – uwaga – noworodki są strasznie wrażliwe.

WHO KNEW..?

Skóra maluszków zaczerwienia się przy każdej okazji. Oczka szybko zaklejają się ropką i nie są przyzwyczajone do jasnego światła. Paznokcie rosną z nadludzką prędkością i pozostawiają na twarzy zadrapania.

Noworodki nie są wcale takie straszne.

Muszę przyznać, że pierwsze kilka tygodni opieki nad Maluchem, pomijając kwestię kolek i problemów z karmieniem piersią, były dość bezproblemowe.  Przyznam, że spodziewałam się, że noworodek nie robi nic. W tej sytuacji Syn pozytywnie zaskoczył mnie choćby ruszając kończynami i wodząc za mną wzrokiem.

Mam podwójnego magistra i zakładałam, że dziecko ruszało się w brzuchu, ale na pewno po porodzie będzie leżeć jak worek kartofli. Naprawdę.

Polska inteligencja, proszę Państwa.

Inaczej miała się kwestia opieki nad niemowlakiem. Tutaj zaczął się temat wyżynania się ząbków i perturbacji związanych z wypróżnianiem się. Kiedyś wydawało mi się, że rodzice powinni być racjonalni: przeanalizować fakty, wyciągnąć racjonalne wnioski i podjąć działanie bądź go zaprzestać. Potem urodziłam dziecko i uświadomiłam sobie, że emocje bardzo często przejmują kontrolę nad rozumem. Do całego zamieszania należy dołożyć buzujące hormony, niewyspanie i brak energii związany z żywieniem dziecka własnym ciałem.

Szanowni Państwo, wielokrotnie sama przekłuwałam sobie uszy. Wyrywałam sobie mleczaki. Swojego czasu rozgrzebałam igłą piętę bawiąc się w lekarza. Opatrywałam krwawiące rany i sprzątałam wymiociny obcych dzieci. Nawiązując do żartu o wożnicy i koniu: nic z powyższych nawet mnie nie drasło.  

Omal nie zemdlałam w gabinecie kiedy pediatra pokazała mi co mam robić z penisem mojego dziecka. Zamroczyło mnie też gdy pierwszy raz zobaczyłam jego odparzoną pupę.

Kto ma dzieci ten się w cyrku nie śmieje.

Po co o tym pisać?

Z dwóch powodów.

Po pierwsze: rodzice to przekozacy.

Wydaje mi się, że czasem nie oddajemy sprawiedliwości młodym rodzicom.

  • Czemu mają taki chlew w domu?
  • Matko, już nawet na piwo się nie można z nimi spotkać.
  • Właściwie to co ty robisz na tym macierzyńskim?

Nawet przy grzecznym, spokojnym i zdrowym dziecku rodziców wykańczają lęki i bolączki.

Kiedy nasz Bobas pierwszy raz zadławił się mlekiem miał nie więcej niż dwa tygodnie. Bez problemu mu pomogłam wykorzystując chwyt, którego nauczyłam się w ciąży na zajęciach z pierwszej pomocy. Potem poszłam do łazienki i wyłam histerycznym płaczem wyobrażając sobie, co mogło by się stać. Następnie przewertowałam notatki z zajęć i zaczęłam wyobrażać sobie na co jeszcze powinnam być przygotowana.

Alergia? Wstrząs anafilaktyczny? Gorączka?

Po godzinie kupowałam już pen z adrenaliną.*

Mienie dziecka to mienie olbrzymiej odpowiedzialności i ciągłej świadomości, że niewłaściwa decyzja, chwila lenistwa czy niewiedza mogą doprowadzić Twoje dziecko do płaczu.

Po drugie: pupa nie zając – nie ucieknie.

Mój Bobas miał mocno podrażnioną pupę. Po naszej ingerencji sprawa się pogorszyła. Mogliśmy zrobić więcej. Potem posmarowałam ją Sudocremem (nie polecam!), który zaognił zaczerwienienie.

Zaczęłam myśleć o tym, że w tej sytuacji Bobas będzie wyć z bólu przez kolejny miesiąc. Może zejdzie mu skóra? Czy trzeba z tym jechać do pediatry? Może lepiej nie ryzykować w pandemii?

Zdążyłam się zlinczować za swoje gapiostwo. Oszacowałam zalety i wady przerzucenia się z pampersów na tetry. Naczytałam się na forach o farmaceutycznych teoriach spiskowych. Zleciłam Mężowi zakup kosztownych maści i kapsułek.

To wszystko działo się równolegle do zabiegów prowadzonych przy użyciu mąki ziemniaczanej (!!!), które właściwie od razu przynosiły efekty.

Wewnętrzna tyrada na temat bycia fatalnym rodzicem; godziny odgrywanych w głowie czarnych scenariuszy;  zakupione medykamenty – wszystko nadawało się do kosza. Jedynymi cennymi i zlekceważonymi aktywami były czas i spokój.

Rodzicielstwo to szaleństwo. Ale powinno być kontrolowanym szaleństwem. Dla dobra nas wszystkich.

*Okazało się, że nie można kupić pena bez recepty, więc zrezygnowałam.  

Moje dziecko się zepsuło: część 3

Jaki on ładny, taki opalony!

Każdy kto miał jakikolwiek kontakt z dziećmi może potwierdzić, że czasem rodzą się one z włosami. Nieczęsto zdarzają się też bobasy z ząbkami. Nie jest natomiast znane medycynie zjawisko dzieci opalonych.

Oczywiście mam zamiar wylać na papier swoje troski związane z żółtaczką dziecięcą. Nasz Cudak musiał szczęśliwie „odziedziczyć” ją po Mamusi.

W trzeciej dobie życia Malucha rezydujący w szpitalu pediatra użył wskaźnika do pomiaru bilirubiny zwanego przeze mnie „pikaczem” po czym oznajmił pielęgniarce:

Tutaj mamy 8, a tu 12. Wpisz do książeczki 8.

Na tym skończyły się wszystkie dywagacje, zalecenia i przestrogi. Lekarz nie wydał mi się szczególnie przejęty czy zaangażowany. Z czasem okazało się, że z bilirubiną nie robi się nic. Ona po prostu jest. Jest i spada. Niestety nasz Bobas musiał przez nią zaliczyć 5 (słownie: pięć!) pobrań krwi przed swoim pierwszym szczepieniem.

Dlaczego poziom bilirubiny ma wpływ na szczepienia?

Otóż poziom bilirubiny nie może przekraczać 1.0 by lekarz z czystym sumieniem pozwolił podać dziecku szczepionkę.

Pierwsze szczepienie miało się odbyć w grudniu, po ukończeniu szóstego tygodnia życia Bobasa. Tak więc zaciągnęliśmy Malucha na pierwsze pobranie krwi by upewnić się, że wszystko w porządku.

  1. Mąż zawiózł nas pod przychodnię;
  2. Wywlekłam dziecko razem z fotelikiem;
  3. Poczekałam na swoją kolej;
  4. Zatrzymałam kolejkę na dobre 20 minut angażując dwie pielęgniarki (jedna pełniła też funkcję rejestratorki). Jednocześnie wciskałam wrzeszczącemu na kozetce dziecku smoczek;
  5. Wróciłam do samochodu. Pod płynął mi po karku;
  6. Wróciliśmy do domu ciesząc się, że to już koniec.

Czy byliśmy naiwni? Otóż tak.

Następnego dnia otrzymaliśmy wynik: 8.

Następnym razem 6.

Potem 4.

Kolejno 1.8 i 1.3.

Za piątym razem podjęłam decyzję co do tego, że to nasza ostatnia wizyta w laboratorium. Po raz kolejny przesunęłam szczepienie, na dzień po moich urodzinach.

Jako, że pandemia nas nie rozpieszczała w dniu urodzin dostałam telefon odwołujący wizytę, przychodnia przechodziła kwarantannę. Finalnie szczepienie odbyło się więc jakieś 7 tygodni po planowanym terminie.

Protip: wierzę w wystawianie dziecka na działanie słońca (tj. promieni UV), nie jest to jednak proste w okresie jesienno-zimowym.

Natomiast rozcieńczona w wodzie glukoza (popierana przez lekarkę i moich rodziców, a szykanowana przez położną) nie przyniosła żadnych efektów. Z czasem zauważyliśmy, że poziom bilirubiny, niezależnie od naszych zabiegów, spadał w tempie 1.2/tygodniowo. Spadek zwolnił dopiero, gdy poziom bilirubiny był już znacznie niższy.

Protip 2:  Pobieranie krwi z dłoni jest nieco lepsze niż dziubanie, kropelka po kropelce, w pięcie dziecka.

Wkłucie dość dużej igły w dość małą dłoń wydaje się makabryczne, ale na tym kończy się cierpienie Maleństwa.

W przypadku nakłucia pięty każda kropla jest z niej wyciskana. Brrr!

Dzieci wojny

A[gnieszka]: Babciu, ile właściwie miałaś lat, kiedy wybuchła wojna?

B[abcia]: Siedem. Niecałe siedem, bo jestem z grudnia. Ale pamiętam ją dokładnie. U nas, to wiesz, nie było płotów. No i całą rodziną mieszkaliśmy w kupie. Ojciec już poszedł na wojnę, bo walczył w pierwszej, więc jak tylko wiedzieli, że się zacznie druga, to z pół roku przed wybuchem go ściągnęli do siebie. Ale inni sąsiedzi jeszcze byli.

B: Pamiętam, jak właśnie staliśmy przed naszym domem, pierwszego września, i widzieliśmy jak te samoloty jadą. Takie wielkie bombowce, strasznie dużo ich było. Ludzie mówili, że jadą na stolicę. Wszyscy zadzieraliśmy głowy do góry – Babcia podnosi się i patrzy na sufit – i patrzeliśmy, jak lecą na Warszawę. I tylko było słychać takie niskie buczenie.

B: Pamiętam też, jak człowiek nie przywykł i słyszał raz na jakiś czas w nocy takie „wiu! wiu!” za oknem. Potem się przywykło.

A: I byłaś w stanie tak zasnąć?

B: A co miałam zrobić? Nie spać?

Babcia mieszkała w Pstrągówce, na Podkarpaciu, na którym wojna toczyła się znacznie łagodniej, niż w stolicy. Ojciec Babci był ułanem – gdy był w domu, ciągle odwiedzali go zakonspirowani ludzie, przynosili wici i gazety. Pod domem Państwa L. czasem zatrzymywali się tajemniczy ludzie. Jednak ojciec Babci nigdy nie wpuszczał ich do środka. Rozmawiali na dworze, a goście, posiliwszy się, szybko odchodzili.

B: Pamiętam, jak ojciec opowiadał przyjaciołom we wsi, że zacznie się wojna i żeby robili zapasy. Oni mu nie wierzyli. Ja wiedziałam, że przychodzą do niego różni ludzie; nie pamiętam o czym mówili, ale to były tajne rozmowy. Tylko mnie ze sobą zabierał – zaznacza z dumą. To z jego gazet, które dostawał, uczyłam się czytać, jak matka nie chciała mnie puścić do szkoły, bo musiałam paść krowy.

B: Kiedy ojciec mówił ludziom, żeby nakupili soli i cukru – większość nie usłuchała. Potem przychodzili i ojciec im dawał ze swoich zapasów, aż musiał przestać bo nie starczyłoby dla nas.

O przygodach Babci i jej rodziny opowiem w kolejnych wpisach.

Moje dziecko się zepsuło: część 2

Kupa: temat – rzeka.

Smółka pojawiła się dopiero w trzeciej dobie życia Bobasa. Słyszałam, że jej brak może wiązać się z problemami układu pokarmowego dziecka. Kiedy już przeżywałam wszystkie najczarniejsze scenariusze związane z prawdopodobnym leczeniem farmakologicznym bądź chirurgicznym – Maluch zrobił kupę.

Zrobił?

Oczywiście, że zrobił.

To super. Teraz już na zawsze przestanę się martwić.

Potem kupy pojawiały się kilka razy dziennie aż do szóstego tygodnia gdzie nie było żadnej przez trzy dni. TRZY DNI.

Przeżyjmy ten koszmar razem: kupa pojawiła się dwa razy w nocy. Przez cały kolejny dzień nie wydarzyło się nic. Drugi dzień wyglądał podobnie. Połowa trzeciego dnia również wyglądała krytycznie. Dziecko zachowywało się jak zawsze, brzuszek był miękki. Doszłam więc do jedynych, logicznych wniosków.

Co jeśli to zatwardzenie?! Może pasożyty?! A może jego to boli?!

Po trzech dniach zrobił kupę. Absolutnie normalną, dziwnie żółtą kupę bobasa. W kolejnych tygodniach zaczął robić ją mniej więcej w trzydniowych odstępach. Z rozrzewnieniem zaczęłam więc dopisywać literkę “K” do tych piękniejszych dat w kalendarzu (tak, naprawdę). Nasze życie się unormowało.

Jedyną stałą w życiu są zmiany.

Około dziewiątego tygodnia życia Dzieć nie zrobił kupy przez cztery dni. Nadszedł piąty dzień. Potem szósty.

Siódmego dnia skontaktowałam się z położną, która poleciła podać mu czopek, a w razie braku reakcji organizmu skontaktować się z pediatrą. Bobas miał się dobrze, nie miał już nawet kolek. Popierdywał sobie wesoło nie wiedząc, że wisi nad nim wyrok.

Mój Mąż, który chorobliwie wystrzega się podawania jakichkolwiek leków próbował mnie przystopować. Planowałam dać Bobasowi kolejny dzień przed egzekucją, ale…

Poczyniłam rzecz straszną: weszłam na forum internetowe dla mam.

W jednym z wątków kobieta pisała o chirurgicznym rozcinaniu odbytu niemowlaka, który nie zrobił kupy przez ponad dwa tygodnie. Ten wpis zmroził moją krew i przelał czarę goryczy. Wizja podobnym działań, w dodatku w pandemii, mnie przeraziła.

Zasadziłam się na Bobasa, zdjęłam mu pampersa i… zastałam w nim kupę. Morze kupy. Zrobił ją sam, bez większego wysiłku. Rozmiar był horrendalny, ale nic nie budziło zastrzeżeń. Prawdopodobnie odłożyła się z kilku ostatnich dni (a nie ze wszystkich siedmiu), a w pozostałe dni szybki wzrost Bobasa „pochłonął” cały przyjęty pokarm.

Moja obecna wiedza każe mi wierzyć, że Maluch wchłania niemal 100% mleka matki, a cuchnące gazy stanowią czasem zamiennik dla wypróżnień.

Ta krótka, ale jakże barwna (ha, ha) historia pokazuje, że nie można martwić się na zapas. Z drugiej jednak strony należy zachować zdrowy rozsądek i wyważenie.

W 14 tygodniu życia Synek wyraźnie próbował się wypróżnić, bez efektów. Zaczął marudzić i prężyć się już następnego dnia po poprzednim “K” w kalendarzu. Po 3 dniach zdecydowaliśmy się podać mu czopek (dokładnie ½ czopka o masie 1 gram), żeby mu jednorazowo ulżyć. Czopek przyniósł wyczekiwany efekt, a na buzi Malucha powrócił niezmącony niczym uśmiech.

Jak znaleźć złoty środek?

Głęboko oddychać, robić sobie przerwy od “mamowania” i konsultować swoje obawy – z partnerem, pediatrą czy położną.

Dzieci uczą się mówić i chodzić, ale też wypróżniać. Ten fakt bardzo mnie swojego czasu zaskoczył.

Protip: Przy problemach z wypróżnieniem warto wykonywać masaż brzuszka, taki jak w przypadku kolek. Pomocny jest też „rowerek” czy łagodne zginanie nóżek dziecka; również kiedy jest już w trakcie oddawania stolca.